Mapa serwisu Dodaj do ulubionych Facebook Twitter YouTube

53 dni trwał rejs nawigacyjny okrętu szkolnego ORP „Wodnik”. Tym razem celem rejsu był Egipt. Długość rejsu wynosiła ponad 8 tysięcy mil morskich. Prawie dwa miesiące zmagania się z żywiołem mórz i Atlantyku. Myślę, że najbardziej będziemy wspominać – przynajmniej ja na pewno – sztorm w Kanale Angielskim po wyjściu z portu Zeebrugge.
Z prywatnych zapisków: „…ósmy dzień rejsu. Wychodzimy dzisiaj o 09:00 z Zeebrugge. Zobaczymy co będzie, bo prognozy są nie ciekawe. Na razie przywitał nas zimny, mocny wiatr i stosunkowo mała jeszcze fala, ale padła komenda, żeby uszczelnić bulaje i zasztormować wszystkie rzeczy oraz cały okręt więc szykujemy się na najgorsze. No i mamy sztorm! Niby 60B, ale daje po całości i wygląda to raczej na 7-80B. Na początku fala pod lekkim kątem, ale wali w burtę co jakiś czas zalewając rufę. Wykonaliśmy zwrot i przełamujemy falę. Stojąc na rufie współczujemy tym, którzy bladzi jak ściana (szot) wiszą na relingach. Fala jest taka, że z rufy widzimy raz tylko niebo, raz tylko wodę, która wdziera się na rufę.
 
Jeden z podchorążych oddał co mógł morzu myśląc, że to koniec. Stał na prawej burcie trzymając się pilersa obok skrajnika. Nagle z prawej burty przyszła fala, która równo z pokładem łodziowym wdarła się na rufę zakrywając kompletnie podchorążego. Sytuacja i zdanie podsumowujące: „Mam już tego dość…” wzbudziło to ogólne współczuci, ale i radość ludzi stojących w głębi rufy, na trapie, będącym najbezpieczniejszym miejscem dla „widowni”. Fala wyrwała zaczep od beczki, która o mało co nie wpadła do morza. Asekurując jeden drugiego uratowaliśmy ją robiąc prowizoryczne, jak na te warunki mocowanie. Na dziobie, dwie następujące po sobie fale wdzierając się na niego, złamały koło ratunkowe na lewej burcie i kosz na odbijacz, „rozwinęły” cumę z bębna oraz naruszyły właz do forpiku znajdujący się przed windą kotwiczną. Część załogi ledwo żyje, druga część chodzi senna, na posiłkach pustki. Wieczorem wiatr zelżał i fala trochę opadła. Coś po 20:00 stałem na rufie koło miejsca, w którym zalała podchorążego fala. Nagle nie wiadomo skąd przyszła fala i zalała mnie! Jestem przemoczony i teraz to ja „mam już tego dość”! Wniosek jeden: „nie śmiej się bratku z czyjegoś wypadku…” Idziemy spać. Może jutro będzie lepiej? Choć oczy mam zamknięte to słucham ciągłego „wgryzania się” dziobu w fale nie chcąc usłyszeć dzwonka, który obwieszcza najgorsze – okręt ma przecież 32 lata”.
Jak powiedział kapitan Mamert Stankiewicz: „Morze nie jest wrogie ani przyjacielskie, nie jest też okrutne, tylko bezwzględne. Wymaga od człowieka wiedzy i umiejętności, ciągłego napięcia uwagi”.
W tym roku odwiedziliśmy Zeebrugge w Belgii, Saint Nazaire we Francji, Tarent we Włoszech, Port Said w Egipcie i Kadyks w Hiszpanii.
 
 
Na morzu Północnym i Śródziemnym dowódca  okrętu kmdr por. Robert Żywiec, zarządził uroczyste zbiórki całego stanu osobowego na pokładzie łodziowym, popularnie zwanym lądowiskiem, gdzie po krótkim rysie historycznym uczczono śmierć załogi polskich marynarzy okrętu podwodnego ORP „Orzeł” i gen. Władysława Sikorskiego. Po wspólnej modlitwie za poległych, rzucono wieniec w otchłań morza.
 
W niedzielę i święta odprawiane były dwie Msze św., aby każda wachta miała możliwość uczestniczenia w Eucharystii, która odbywała się w mesie marynarskiej. Każdy zaś dzień był okazją do osobistych rozmów, okazją do pojednania się z Bogiem w sakramencie pokuty.
Podczas, gdy Wy doskonaliliście swoją wiedzę nawigacyjno - astronomiczną, zapoznając się z warunkami nawigacyjno - hydrograficznymi i hydrologiczno - meteorologicznymi oraz wiedzę związaną z obsługą i eksploatacją urządzeń okrętowych, siłowni i agregatów i obroną przeciwawaryjną okrętu, ja doskonaliłem swoją wiedzę z zakresu posługiwania się młotkiem, skrobakiem, szlifierką i pędzlem. Uczestniczyłem w pracach porządkowych na okręcie, w obieraniu warzyw  oraz w wachtach na pokładzie sygnałowym i GSD, od których nie stroniłem, bo jak można poznać marynarskie troski i kłopoty jak nie przez robienie tego samego co Wy.
    
 
 
Za tą pracę, ale myślę, że również za całokształt zostałem na końcu rejsu wyróżniony przez dowódcę i załogę ORP „Wodnik” Odznaką Członka Załogi Okrętu .
 
 
W tym roku już jako pełnoprawny marynarz, a nie neofita jak to było w zeszłym roku, brałem udział w chrzcie morskim będąc Lucyferem. 
Ten rejs pozwolił mi, ale myślę, że i nam wszystkim, poznać trud pracy ludzi morza. Również miedzy nami powstały mocniejsze więzi przyjaźni. Z całym bowiem stanem osobowym przeżywaliśmy radości, ale i doświadczaliśmy żywiołu morza. To właśnie podczas tych 53 dni rejsu mieliśmy przede wszystkim zdać ten najważniejszy egzamin, w myśl słów Karola Borchardta: „Morze nie uznaje powiedzenia: jakoś to będzie.” Dbaliśmy o okręt i walczyliśmy o jego żywotność, bo przecież to on, ORP „Wodnik”, był wtedy naszym wspólnym domem. Więcej, był skrawkiem naszej Ojczyzny!

 
drukuj
Wszelkie prawa zastrzeżone 2020 Akademia Marynarki Wojennej, Wykonanie: IQ.pl